Heh.... Żartowałam... wcale nie taki wielki ;)
Sama nie wiem czemu zapomniałam o tym miejscu... I aż strach pomyśleć że to już ponad pół roku mineło odkąd opuściłam to miejsce... Pamiętam że na początku był brak weny a potem... a potem już wogóle przestałam tu zaglądać. Nie wiem czemu, możecie mnie zlinczować 
Żeby wrócić mysle że wypadałoby w wielkim skrócie opisac ostatnie pół roku... Wiele sie w zasadzie nie działo. Może miesiącami bedzie szybciej 
Lipiec - mąż odwiedził zaczaorwaną polane... Ciągłe grillowanie, imprezowanie i picie ;) Ah aż miło wspomnieć ten okres!
Sierpień – po niezdanym 5-tym egzaminie mam dość, wsiadam do pociągu i jadę na Śląsk do mamy! Prawie miesiąc tam przesiedziałam. Dnie spędzałam z bratankami, wieczory z koleżankami. Też miło było się oderwać od mojej szarej rzeczywistości na Polanie i wrócić do łask wielkiego miasta w którym się wychowałam…
Wrzesień – powrót z Śląska, kolejne podejścia do egzaminów, stres tak ogromny ze chyba nigdy go nie zapomnę, już nawet miałam zrezygnować, każdy następny był coraz gorszy. No ale udało się! 23 września zdałam ten cholerny egzamin. Teraz pozostało mi czekać na plastik. Ostatni tydzień miesiąca zajmuje się siostrzenica męża. Chora nie może chodzić do przedszkola a ja jako niania Frania chętnie spędziłam z nią czas!
Październik – pierwszy poniedziałek miesiąca odbieram prawko! Wtorek się pakuje a w środę wyruszam w samotną podróż na Śląsk! ;) Oj to jedno z moich najlepszych wspomnień w dotychczasowym życiu… prawie 500 km nieopisanej przyjemności i adrenaliny! Gdyby nie te korki wszystko było by pięknie! W domu spędzam 2 tygodnie, pod koniec miesiąca wracam na Polane. Przyjeżdża mój mąż i zaczynamy pakowanie! Do dziś dzień nie wiem jak nam się udało cały nasz dorobek zapakować w jeden samochód! Był załadowany pod sam dach!
Listopad – promem do Szwecji… Tak dokładnie w tym miesiącu opuściłam Zaczarowaną Polane prawdopodobnie na zawsze… Wróciłam do łask wielkiego miasta zwanego Sztokholmem i właśnie tu rozpoczynam nowy etap życia! Prawie miesiąc zajmuje mi ogarnianie mieszkania, rozpakowywanie i malowanie. Ale udało się i czuje się jak w domu…
Grudzień – już powoli przedświąteczna gorączka. Ja myślę tylko o świętach w domu, tęsknie płakać mi się chce, ale kupujemy swoją choinkę, pieczemy pierniczki, i szykujemy się do polskiej wigilii… Święta obyły się bez łez, było miło i przyjemnie! Sylwester wystrzałowy, zabawa przednia! Tylko we dwójkę ale nie odczuwałam tego że jesteśmy sami bo było idealnie!
No i styczeń… Jak zawsze nowy rok nowe postanowienia! Moje są dość standardowe - zrzucić połowę mojej wagi słoniowej, ogarnąć język północy, znaleźć prace i … bardziej cieszyć się życiem!!! Mniej stresu więcej radości! Miejmy nadzieje ze się uda! ;)
Miłego dnia!
No i tak minął kolejny tydzień... Dość szybko, dość stresująco i chorobliwie!Poniedziałek... godzina 9.20, telefon z Prawa Jazdy że egzamin mam już we wtorek a nie jak była mowa wcześniej w czwartek, tak wiec szybkie kombinowanie, przeniesienie mojej dodatkowej jazdy na poniedziałek popołudniu. Zaczyna sie stres i lekkie drapanie w gardle. Na jazdach super, tęskniłam za autkiem. I jak sie okazało łuk robiłam zupełnie błędnie wiec niezdany egzamin nr 1 jest usprawiedliwiony! ;) Na wieczór tracę głos...Wtorek... Egzamin. Instruktor nie miał mozliwości zawieźć mnie na niego wiec pobudka o 6, pociąg o 8. godzina 10.30 jestem na miejscu... Stres sięga zenitu. Nie taki straszny niby ale flakami wywraca... Siadam za kierownice, szykuje sie, sprawdzam światła przeciwmgłowe oraz poziom płynu hamulcowego. Zaczynam łuk... Powoli nie spieszyć sie... Tylko czemu ta noga tak skacze na tym cholernym pedale! Cofam, powoli skupiona, widze linie... Pieknie! Wróciłam na miejsce gdzie zaczęłam. Pan wsiada do auta, podjeżdżam na wzniesienie. Konsternacja... Co teraz? Gaz? Sprzęgło? Milion mysli na minute! Dodaje gazu, powoli sprzęgło puszczam, czuje jak sie auto podnosi zwalniam ręczny i płynnie ruszam do przodu! Yes! Udało sie!! Byłam 6 w kolejce i jako pierwsza opuszczam plac! Jade spokojnie, ale w miare dynamicznie, przytakuje na polecenia egzaminatora, który notabene był bardzo przyjemnym facetem! Rozpędzenie auta, zawracanie i bum!!! Wjeżdżając na rondo wymusiłam pierwszeństwo :( Straszne uczucie, kiedy pan egzaminator mówi prosze sie przesiąść co nie? No ale nie to było najgorsze. Najgorsze było potem jak mi powiedział że jest strasznie zawiedziony, bo juz bylismy na drodze do ośrodka!!!! Jeszcze tylko by mi kazał zaparkowac i bym miała papierek w kieszeni! Załamałam sie strasznie! jedynym pocieszeniem z jego strony było to że powiedział mi ze dobrze jeżdżę, i jeśli nie wywine takiego numeru na nastepnym egzaminie nie powinno być problemu z zaliczeniem! ;) Sprzedał jeszcze kilka dobrych rad co do innych egzaminatorów i byłam w drodze do domu... Sama nie wiem jak dotarłam. Gardło bolało masakrycznie, nos zapchany, głowa pękała... A do tego do wioski na pociąg zawiózł mnie teściu bo sie nie czułam na siłach jechać na rowerze ale nie przemyślałam powrotu i spowrotem szłam 6 km na piechote!!! Jak doszłam do domu to juz nic nie czułam. Usiadłam w fotelu i odlot... Zwlokłam sie do łóżka, termometr wskazywał 38.2 st. To tłumaczy czemu czułam sie jakbym miała zaraz umrzeć!! W życiu nie gorączkowałam! Moja maxymalna temperatura całe życie to było 37.4 a to juz był dla mnie stan krytyczny! Zasnęłam za godzine obudził mnie pies, czułam sie jeszcze gorzej - 38.8st. Zwlekam sie z łóżka pukam do sąsiada któy jest lekarzem. Na mój widok sam zrobił sie blady. Oddelegował do łóżka i nafaszerował lekami. Co jakiś czas sprawdzał czy żyje, czego ja nie pamietam bo spałam jak zabita do rana....Środa... Temp 37.6 przez cały dzień... Dzień na regeneracje. Pół w łózku, pół na fotelu gapiąc sie bezsensownie w monitor bo na nic chęci ani weny. Troche filmów przejrzałam. Godzina 23 ide spać!Czwartek... Budzik nastawniony na 5. Pobudka 3.30... 3.50 już byłam wykąpana i sączyłam gorącą kawe... o 7 miałam pociąg do miasta, musiałam zahaczyc o urząd pracy i ZUS... O 8.30 już byłam z powrotem we wiosce. Dziś niańczenie bratanków męża. Samopoczucie lepsze, temp w granicach 37,2, kaszel unormowany, katar szczątkowy. Myśle - dam rade. No i dałam. Dzień duszny, prano i gorąco! Czułam ze sie lepie, a do tego dostałam okres. Na szczęście bezbolesny... O dziwo nie czułam ani chwili załamania i nie odczówałam ze wstałam w środku nocy! Godzina 18 mama wraca a ja sie zbieram do domu. Nakręcona, jak normalnie jade do domu 20-25 minut na rowerze tak tym razme pędziłam jak szalona i dotarłam w 15!! Poszłam na skarge do sąsiada. Powiedział że ta nadpobudliwośc może byc skutkiem ubocznym leków które mi dał wczesniej... No to je odstawiam! 23.00 ide spac...Piątek...Pogoda ładna, ale zanosi sie na burze. Wsiadam na rower i jade do wioski na poczte. Zdążyłam przed! Potem z bratowa meża jade do miasta na zakupy! No i własnie wtedy niebo szlag trafił! Koszmarna pogoda koszmarna podróż... ide spać wcześniej...Sobota..., Zaproszenie na mecz towarzyski w siatkówce. Chętnie jade. Wczorajsza burza troche ulzyła pogodzie i mojemu sampopoczuciu. Mysle ze bedzie sie lepiej sprzątac jak wróce... I miałam racje. Mieszkanko lśni, pranie pachnie a ja znów nie mam weny na nic... oglądam film w łózku i zasypiam w połowie...No i niedziela... Ogólne krzątanie sie, pominając pobudke o 10 :) Zimno strasznie, tylko 14 stopni. Słońca nie widac, ja posmarkuje, pokaszluje i ogólnie czuje takie rozbicie... Biore tabletke i wracam do wyrka... Po przebudzeniu przychodzi wena i oto jestem! ;)
No niestety Kochani nie udało mi sie tym razem zdać egzaminu... Pewnie za słabo kciuki trzymaliście :) Nastepna próba za tydzień i tym razem mam nadzieje udana ;)
Poza tym u nas w końcu wiosna! Zielono słonecznie i optymistycznie! ;) Wczoraj miałam grilla ze znajomymi i było świetnie! Dobre towarzystwo od czasu do czasu nikomu nie zaszkodziło. A że goście to ranne ptaszki to dość wcześnie sie dziś zebrali do domu. I tak sie dziwie ze chciało im sie 100 km na grilla przyjechać ;) Odrobiłam sie ze sprzątaniem i zmykam na słońce bo niebo jest czyste jak łza a słońce gorące! ;) Miłego weekendu! ;)
Trochę minęło od mojej ostatniej notki ale ten czas tak strasznie szybko leci. Już sama nie wiem czy wiecej czasu mi schodzi na dojeździe do miasta i jazdy same w sobie czy myślenie o nich! Moje myśli są totalnie pochłonięte przez cały ten kurs i nadchodzący egzamin który jest w następny poniedziałek. Do tego czasu chyba nie jestem w stanie się wyluzować, czy w jakikolwiek sposób oderwać od tego. Mam wrażenie że im dłużej jeżdżę tym gorzej mi idzie. Sama nie wiem co tak strasznie mi zależy! Przecież przez ostatnie 10 lat zapierałam sie jak tylko mogłam przed pójściem na taki kurs, a teraz jak już jestem w trakcie to zależy mi żeby go jak najszybciej zdać i mieć prawko w kieszeni! Jakoś to nie w moim stylu... Zawsze z luzem podchodziłam do takich rzeczy.... Matura, egzaminy, zaliczenia. Podejście: są dwa wyjścia, albo zdam albo nie, inaczej sie nie da! Nie teraz to później. A teraz ambicje sie nagle we mnie obudziły i naciskają mnie z taką siłą że nie jestem w stanie tego udźwignąć! Teraz juz wiem czemu nie stawiałam sobie nigdy wysoko poprzeczki i do wszystkiego z luzem podchodziłam... Po co sie męczyc koszmarami nocnymi, ciągłym rozdrażnieniem i żołądkowymi dolegliwościami! Eh, jeszcze tylko tydzień. Jazdy już kończe w tym tygodniu. Wiec bede miała troche czasu na powtórzenie testów i przygotowanie sie do egzaminu. Może zrobie sobie jakiś "reset" żeby nie myśleć o tym ciągle! Dobra koniec tematu bo czuje ze robie sie monotematyczna! U nas pięknie! Wczoraj tak grzało, że grzech by było nie skorzystać, wiec wyłożyłam sie na leżaczku i wystawiłam pyszczek na słońce! :) Dopiero jak sie zachmurzyło zrobiłam porządki i troche sie ogarnełam :) Dziś też cieplutko tylko słonko sie chowa za chmurami niestety... mam nadzieje ze już ta pogoda troche sie unormuje :) Dziś Zielone Świątki! Byłam na pochodzie, pierwszy raz w życiu coś takiego widziałam :) U mnie w mieście to ino były pochody na 1 Maja i na Boże Ciało procesja! A tu prosze... Już coś nowego ;) Dobrze Kochani życze Wam słonecznej niedzieli! ;) Pozstaram sie zmobilizowac moją wene, i zaczne pisac cześciej! Buziaki!
Lekkie, ale ciągłe, co trzyma mnie non stop w stanie rozdrażnienia :| No kurcze, jest maj!!! A tu ciągle deszcze. Mam wrażenie jakby ktoś na złość mi lał te wode z nieba bo akurat teraz jestem w sytuacji podbramkowej gdzie MUSZE codziennie jeździć na rowerze 12 km! Nie przeszkadzają mi chmury i nawet z wiatrem moge walczyć ale z deszczem? Po tym jak w piątek sie odwiozłam i zostawiłam rower we wiosce musiałam w poniedziałek iść na piechote te cholerne 6 km no i oczywiście lało! Wiec buty całe mokre, ja zziębnięta, i do tego 2 godziny jazdy. Jak tylko wróciłam, na szczęście już rowerem, to od razu poszłam pod prysznic i pod kołdrę żeby tylko chora nie być :( I teraz w zasadzie jedyne o czym myśle to ten cholerny deszcz... Zawsze go lubiłam, mogłam bez wyrzutów sumienia w domu siedzieć a teraz... Doprowadza mnie do szału! Nie spodziewałabym sie że w maju bedzie taka pogoda! Dobrze że nie poszłam w lipcu bo tez by pewnie lało i wszyscy by mnie przeklinali że to przeze mnie! Chciałabym chociaż raz pojeździc w słońcu gdzie nie ma innych czynników stresogennych! Przepraszam Kochani ale jeszcze tylko tydzień, kończe te cholerne jazdy i mam wszystko gdzieś!!! Ale juz dzis mówie że jak ja skończe jazdy i nagle sie zrobi ciepło i bedzie świeciło codziennie słońce to mnie w tym momencie trafi szlag i tyle po Nicei zostanie...
Miłego popołudnia, mimo wszystko :)
Nic innego mi nie przyszło na tytuł notatki...Pobudka o 7, prysznic, śniadanie i modlitwa żeby do 10.30 nie padało... No, tym razem sie udało! Zaczeło padać o 10.40 kiedy już po przeprawie rowerem przez wioski czekałam na stacji na pociąg :) Kiedy dotarłam do miasta i zasiadłam za kółkiem mojej L pogoda przechodziła swoje apogeum, czyli trafiła mi się gigantyczna ulewa trwająca bite 2 godziny wyznaczone na moją naukę prowadzenia tego diabelskiego wynalazku! Na szczęście pani powiedziała że skoro tak pada to moge sie podrzucić pod dom co tez z przyjemnością uczyniłam ciesząc sie zaoszczędzonych 4 zł na pociągu i 30 minut jazdy na rowerze w ulewie... 13.06 jestem w domu, jakże szczęśliwa i zadowolona że i dzis udało mi sie czegoś nowego nauczyć i nikogo i nic przy tym nie uszkodzić... Jednak szczeście nie trwało długo, widze połączenia nieodebrane od bratowej męża... Będzie za 20 minut bo po szwagra musi na lotnisko czy bym sie dziećmi nie zajęła, ja nieświadoma zagrożenia a wręcz podniecona perspektywą spędzenia popołudnia inaczej niż przed ekranem monitora z przyjemnością przyjęłam wyzwanie! Oj ja naiwna... Z 8 latkiem problemu nie było, wkręcał mnie w granie w proste gry planszowe co było całkiem, no jakby to powiedzieć, na jego poziomie. Nie traktowałam tego jak wyzwanie bo malec ma gigantyczne problemy z przegrywaniem, wiec całkiem na luzie i spokojnie dałam sie ogrywać :) Koszmar był z niespełna 5 miesięczną małą Potworzycą, która na codzien jak sie widzimy smieje sie jak głupi do sera na mój widok. Dzis jednak dała mi do zrozumienia że lubi mnie oglądac tylko w towarzystwie mamy lub sam na sam nie dłużej niż 2 godziny... Dzis spędziłyśmy razem uroczo ponad 5 godzin... Było troche spania,duzo głośnego płaczu, troche karmienia, jeszcze wiecej głośnego płaczu, troche zabawy, marudzenie, kapiel, troche karmienia, dużo płaczu ąz po wielu wysiłkach w końcu ululałam małą do snu... Potem zabawianie 8 latka, walka z bólem głowy i czekanie na rodziców... Zjawili sie przed 22, gadka szmatka i w końcu jestem w domu!!! Teraz jak już kończe tą notatke to juz czuje że mi niedobrze od tego bólu głowy wiec bez tabletki sie nie obejdzie :|Wnioski...1. Modlitwa czasem skutkuje...2. Jazda autem podczas takiej ulewy jest wykonalna aczkolwiek nie jest przyjemna...3. Głęboko sie zastanawiam żeby skrócić liste posiadania dzieci do jednego...4. Uwielbiam popołudnia przed monitorem :) :) :) :) :)
Dziś jest dzień w którym czuje sie znienawidzona przez kierowców :) Otóż dziś zaczęłam jeździć samochodem z dużym L na dachu :D Nie było źle, troche na placu i wio na miasto! :) Wg mnie było nieźle a wg pani instruktorki było znakomicie jak na pierwszy raz... No pożyjemy zobaczymy! Czuje sie pewnie za kierownicą i mam nadzieje że z biegiem czasu bede nabierac większej pewności a nie zniechęcenia! Jak na razie sie czuje uskrzydlona bo pokonałam swój największy strach! A to już 2 w tym roku :) Pierwszy to oswojenie sie 8nożnymi stworami których tu dużo i chcąc nie chcą musiałam nauczyć sie z nimi zyć! :)Lece spać...Dobrej nocki!
Ah jak dobrze że juz maj! To oznacza że do przyjazdu Męża zostały tylko 2 miesiące... Pisze tylko, bo słowo "AŻ" mnie przeraża :) Dziś słonecznie spokojnie i przyjemnie. Wczoraj tak sie rozpędziłam ze sprzątaniem że wieczorem nie czułam rąk, a przecież to święto pracy było! Ale tak jakos dziwnie sie czułam nic nie robiąc :) Dziś za to wygrzewałam sie na słoneczku i powtarzałam durne testy z prawka żeby bardziej sobie przyswoić zachowanie na skrzyżowaniach, żeby zmniejszyć czas mojej reakcji w sytuacji na drodze... W końcu juz pojutrze przełamie swój największy strach... Ale coraz bardziej jestem przekonana że ma on tylko wielkie oczy i będę świetnym kierowcą... jak już to wszystko ogarne :) Jutro równiez licze na słoneczko bo mam zamiar caaaały dzień na nim spędzić! Musze sie troche opalić, bo dzis ubrałam spódnice bez rajstop i az sie przeraziłam bladością moich nóg!! A o twarzy nie wspomnę! Jak ostatnio wysłałam mojej mamie MMSa z nową fryzura to sie przeraziła zę taka blada jestem i co chwila dzwoniła i wypytywała czy chora nie jestem! :) Ciesze sie tą pora roku, jest tak pięknie zielono, i radośnie, a noce... Ah wciąż zachwycają! Ostatnia pełnia była dla mnie po prostu zachwycająca!!! Ale mimo tego wszystkiego nie jest mi smutno że jestem sama... Wiem że jeszcze nie jedna wiosne przezyje siedząc na ławce przytulając Męża i to inni mi będą tego zazdrościć... Jak na razie musze sie obejśc ze smakiem i cieszyć tym co jest!Miłego wieczoru Kochani!
Baaaardzo przepraszam za tę długa przerwę w nadawaniu, ale miałam swoje powody. Otóż nie wiem czy pisałam ale zapisałam sie na kurs prawa jazdy... Tyle że tu kurs jest nieco przyspieszony i teoria trwa... tydzień!!! tak wiec miałam tydzień zeby ogarnąć cały materiał!!! Wszystko by było OK gdyby nie to, że żeby dojechać na ten cholerny kurs musze jechać 7 km rowerem (zwykłym składakiem, po terenie falowanym, a racji tego że 4 lata na rowerze nie byłam to kondycja już nie ta!), potem pociągiem a potem jeszcze 15 minut maszerować! I z powrotem to samo! Więc jak wracam koło 20 to mam już dość wszystkiego, i natłoku informacji i jazdy 14 km rowerem i pociągu wiec marze tylko o prysznicu i spaniu!! No i tak wyglądał mój cały tydzień, rano pobudka, kawa, nauka, jazda powrót i spanie! Jutro miał byc egzamin wewnętrzny z teorii zanim dopuszczą nas do jazdy.Tyle że na dzisiejszych zajęciach pani stwierdziła ze do egzaminu kto chce może przystapic dziś, tak wiec przystapili wszyscy ale zdała tylko jedna osoba! No i wyszło kto jest najwiekszym kujonem... JA!! Testy były 3 wiec 54 pytania z czego tylko 1 odpowiedź miałam źle! Ale ryłam ostro do tego bo chce jak najszybciej zacząć jazdy i skończyc ten kurs. Tak wiec teraz mnie czeka dłuugi leniwy weekend a we wtorek zaczynam jazdy! Stres nieziemski, ale powoli go opanowuje. Współczuje tym z Was któzy mieszkają w Grudziądzu bo tam sie niedługo pojawie i tam bede zdawać egzamin... Ale to jeszcze trochemnie przed tym czeka... Tak wiec znacie juz przyczyne mojego zniknięcia, naprawde chciałam napisać ale weny brak, wyrzuty sumienia ze testów nie robie i ogólne zmęczenie... Teraz już jazda na rowerze nie sprawia mi tak wielkiej trudności, zalezy od pogody i wiatrów bo ostatnio tak wiało ze z górki musiałam pedałować zeby nabrać jakiejkolwiek prędkości!! A wiatry boczne mnie tak znosiły że raz w rowie wylądowałam :D Ale spoko, na pewno jazda na rowerze mi nie zaszkodzi! Wiosna coraz piekniejsza, w około coraz wiecej zieleni, żaby już niesamowicie rechoczą wokoło, rano budzą mnie ptaszki swoim śpiewaniem, a wczorajsza pełnia była niesamowita!! Jazda na rowerze wśród tych zielonych pól na których sie pasą sarny, człapia zyrawie czy boćki jest wielką przyjemnością!Dla takich chwil warto żyć! I cieszyć sie tym zyciem!Dobrej nocki!
... czyli dzień spokojny, gorący z lekkim powiewem chłodnego wiatru, szkoda było go nie wykorzystać wiec większość spędziłam poza domem, jednak cały ten relaks i odprężenie o kant stołu rozbić, bo wieczorem przyszła burza... Burza w raju! Szczerze to my się z mężem nie kłócimy, problemy rozwiązywane są na bieżąco i na zasadzie spokojnej wymiany zdań, ale dziś... Nie wiem czy to dlatego, że nie śpie od paru dni, bo mam straszne koszmary, czy dlatego, że jestem tu sama, ale wystarczyło jedno słowo, lekka zmiana tonu jego głosu i wybuchłam! Wykrzyczałam to że mnie nie wspiera, że równie dobrze dałabym sobie rade sama.... No bo dałabym! Potrafię naprawić kran, malować, tapetować i naprawiać cholerny komputer i internet(o co była w większości ta ostra wymiana zdań)! Jest tylko jeden szkopuł, a nawet dwa... Po pierwsze nie powinnam tego mówić a po drugie nie chce sobie dawać rady sama... Teraz przez własną głupotę mam gigantycznego kaca moralnego i wiem, że za dzisiejsze koszmary jestem sama sobie winna!!! Jednak on z jego spokojem odczekał odpowiednią ilość czasu i znów zadzwonił na skype... No i po co było to wszystko? To takie okropne uczucie kiedy po takiej kłótni czy zwykłej rozmowie o problemach nie można się przytulić... A teraz mam właęnie ogromne pragnienie to zrobić, mimo, że na koniec rozmowy (tej drugiej oczywiście) padły miłe słodkie słówka to jednak brakuje mi tego kontaktu cielesnego, kiedy mogę ,poczuć że naprawdę jest wszystko ok... Tak sobie teraz jeszcze pomyślałam że moja agresja mogła być spowodowana wczorajszą nocą kiedy nie mogłam spać i poszłam na huśtawke przed dom... Kiedy oczy sie przyzwyczaiły do ciemności mogłam zobaczyć czarną płachte nieba pokrytą milionem małych błyszczących diamentów! Widok niesamowity i odbierający dech w piersiach. I wtedy własnie pomyslałam, że moje życie nie idzie w tym kierunku jakim powinno! Opuściłam dom rodzinny, ukochany i utęskniony, dla Niego, a teraz? Nie mam blisko ani rodziny ani Jego... To bardzo brutalne ze strony losu, że trzyma mnie na odległośc od wszystkiego co kocham!! I za każdym razem kiedy staram sie zatrzymać cos przy sobie on znów sprawia że musimy sie rozstac... Ja wiem ze każdy jest kowalem swojego losu, ale jakoś ja sie na kowala chyba nie nadaje... Bo los i tak robi swoje... A może tak miało byc? Może mam podzielac los mojej mamy i mojej tesciowej? Może kochanie na odległość ma mnie wzmocnić? Ma wzmocnić moją miłość? Czuje sie wystarczająco zahartowana... A i tak jeszcze nie wiem co mnie czeka... Nie myślcie sobie że Nicea sie poddała, bo tak nie jest. TO tylko takie czarne pojedyńcze mysli które przychodzą w pojedyńcze czarne noce. Coś czym chciałam sie podzielić... Żebyście wiedzieli ze też jestem zwykłym szarym czasem bezbronnym człowieczkiem, a nie zawsze wulkanem energii i optymizmu! Wiem że jutro bedzie lepiej, nie wazne jakie dzis senne koszmary mnie nawiedzą... Dobrej nocki Kochani!Dziekuję że jesteście...
e-blogi.pl [Załóż blog!] Subskrybuj blogi [Zamknij reklamy] |